Rycerz Niepokalanej 35 artykułów
SPONSORED ARTICLE
FEATURED ARTICLE

Related Articles

Podziel się Zgłoś naruszenie

Jezus Królem Polski - KUNEGUNDA SIWIEC - Objawiania NMP

Pan Jezus: Dam ci krzyż, a przez przyjęcie go w spokoju, pomożesz Mi w zbawianiu dusz. Bądź cierpliwa. Udzielę ci większych łask po tym krzyżu. Gdy całkowicie oderwiesz się od spraw doczesnych, każde tętno serca będzie Mi oddawać miłość. Wszystko, cokolwiek będziesz czynić, zamieni się w miłość. Polska będzie moim królestwem. Będzie wielka, będzie dobra i radość Mi sprawiać będzie.

Jeszcze nie wszystko stracone


KUNEGUNDA SIWIEC 

1943 
Matka Boża (3 maja): Przyszedł czas na powstanie Polski. Ja będę Królową, a Syn mój będzie obwołany Królem. 

Pan Jezus: Dam ci krzyż, a przez przyjęcie go w spokoju, pomożesz Mi w zbawianiu dusz. Bądź cierpliwa.  Udzielę ci większych łask po tym krzyżu. Gdy całkowicie oderwiesz się od spraw doczesnych,  każde tętno serca będzie Mi oddawać miłość. Wszystko, cokolwiek będziesz czynić, zamieni się w miłość.  Polska będzie moim królestwem. Będzie wielka, będzie dobra i radość Mi sprawiać będzie. 


Córko moja, spoczywaj w Sercu moim, bo Ja w twoim  odpoczywam. Spełniaj moją wolę, a Ja twoją spełniać  będę, tu na ziemi i w niebie. Ufaj Mi, bo wszystko mogę. 

29 VI 1944 r.) 
Matka Boża: Niedziela palmowa Polacy dlatego tak dzielnie się biją, że czczą mnie, a ja upraszam im u Syna mojego odwagę i dzielność


Kundusia skarży się, że Polska jest w rękach obcych (komunistycznych).
Pan Jezus: Pozornie jesteście w ich ręku, ale rzeczywiście jesteście w moich objęciach. Jak dziecko bezpieczne  jest w objęciach ojca lub matki, tak cóż wam sięmoże stać, gdy jesteście w moich objęciach? Ufaj Mi, dziecko moje. Im więcej ufać będziesz, tym więcej otrzymywać będziesz łask. Ufaj i wierz. Obie te cnoty jednoczą się.
Nie wysilaj się na wzniosłe myśli, bo dzieci małe ich nie posiadają, a jednak są najwięcej kochane przez rodziców. Pozostań w pokoju i swobodzie, bo moja miłość zastąpi twoje braki i nieudolność.

Kunegunda Siwiec, nazywana Kundusią, to świecka karmelitanka ze wspólnoty wadowickiej, która zmarła w opinii świętości w 1955 r. 


Urodziła się ona 28 maja 1876 r. w Stryszawie (koło Suchej Beskidzkiej) w bardzo pobożnej rodzinie Jana i Wiktorii Siwiec. Była dziesiątym z jedenaściorga ich dzieci. W domu rodzinnym otrzymała chrześcijańskie wychowanie i wyrosła na żywą, wesołą, ładną i religijną dziewczynę. 

W dwudziestym pierwszym roku życia w nowopowstałej parafii p. w. św. Anny w Stryszawie pod wpływem nauk misyjnych o. Bernarda Łubieńskiego, redemptorysty, obecnie Sługi Bożego, Kundusia doznała głębokiego nawrócenia. Zmieniła swoje plany życiowe i oddała się na wyłączną służbę Bogu, jednak nie w klasztorze lecz w świecie. 

Około 1902 r. skończyła kurs katechezy dla ludowych katechetek. Od tej pory pomagała dzieciom, młodzieży i dorosłym przygotować się do sakramentów świętych i przybliżyć się do Boga. Sprzedawszy część ze swojej ziemi, pomagała w studiach Józefowi Czerneckiemu, który wstąpił do seminarium i w 1922 r. przyjął święcenia kapłańskie. 

W 1923 r. Kundusia pragnąc głębszego życia religijnego zapisała się do istniejącego przy wadowickim klasztorze karmelitów bosych Bractwa Dzieciątka Jezus, a następnie wstąpiła do Trzeciego (obecnie Świeckiego) Zakonu Karmelitów Bosych (OCDS), przyjmując imię Teresa od Dzieciątka Jezus. 
Od 1942 r. ks. Bronisław Bartkowski, kapelan sióstr zmartwychwstanek i kierownik duchowy Kundusi, rozpoczął notowanie jej Nadprzyrodzonych oświeceń, tj. rozmów, jakie prowadziła z Panem Jezusem, z Matką Bożą i ze świętymi. 

Jesienią 1948 r. Kunegunda została dotknięta nieuleczalną chorobą gruźlicy kości i do śmierci pozostawała w łóżku. Zmarła w opinii świętości 27 czerwca 1955 r. we wspomnienie Matki Bożej Nieustającej Pomocy. 

MODLITWA O BEATYFIKACJĘ SŁUŻEBNICY BOŻEJ KUNEGUNDY SIWIEC

Miłosierny Boże, który masz staranie o każde, nawet najmniejsze stworzenie, a szczególnie dbasz o dusze oddane Tobie, bądź uwielbiony za pokorną miłość apostolską, jaką wzbudziłeś w Twojej służebnicy Kunegundzie. Spraw, aby przykład jej gorliwości o zbawienie ludzi pociągnął wielu do budowania wspólnoty Kościoła swoim codziennym wysiłkiem, cierpieniem i modlitwą. Przez wstawiennictwo Twojej służebnicy Kunegundy, udziel mi łaski, o którą pokornie proszę, a ją samą obdarz chwałą ołtarzy. Przez Chrystusa Pana naszego.

(Imprimatur, kard. Stanisław Dziwisz, 3 VI 2009, nr 1522)

MODLITWA O POKORĘ I MĘSTWO PRZEZ WSTAWIENNICTWO
 SŁUŻEBNICY BOŻEJ KUNEGUNDY SIWIEC

Panie Jezu Chryste, Twoja służebnica Kunegunda poznała, że jesteś Bogiem pokoju i że pokój Twój jest darem, którego ma strzec z pokorą i męstwem. Udziel mi przez jej wstawiennictwo łaski do zdobywania cnót pokory i męstwa, abym mógł (mogła) doznawać w głębi serca prawdziwego pokoju nawet pośród wielu zajęć i przeciwności. Który żyjesz i królujesz na wieki wieków.
Amen.

(Imprimatur, kard. Stanisław Dziwisz, 3 VI 2009, nr 1522).
 
 

Piękno ukryte w prostocie
Życie Kunegundy Siwiec OCDS

Wprowadzenie

Odwiedzając mieszkańców osad i siedlisk rozrzuconych po zboczach i urokliwych zakątkach Beskidu Żywieckiego, usłyszeć można barwne dzieje dawnych górali. Mimo, iż niewielu z nich chodziło do szkół, odznaczali się życiową mądrością, wiedzieli, co to honor i szacunek do człowieka. Często nie umieli pisać, a jednak dobrze znali rodzinne dzieje. Książki o historii zastępowała im pamięć, a atlas geograficzny - dobra znajomość własnej ziemi i przywiązanie do niej.

Był to świat ludzi prostej i głębokiej wiary, zadziwiającej dzisiejszego człowieka i chyba nie w pełni dla niego zrozumiałej. "Mój ojciec - wspomina Aniela Ponikiewska - cały różaniec codziennie odmawiał. Wyczytał w książkach, że gdy się odmawia codziennie cały różaniec, trzy części, to będzie się wiedziało, kiedy się umrze. I faktycznie. Pewnego dnia ojciec kazał się umyć i ubrać w garnitur, kazał się ogolić i powiedział, że wybiera się daleko. Zmówił cały różaniec, trzy części, i założył go sobie na szyję. Siedział na łóżku, a nogi miał oparte na stołeczku. W pewnej chwili kopnął stołeczek i przewrócił się na łóżko. Nie żył" (1).

Obok wiary dużo znaczyło ludzkie słowo. "W tamtych czasach - opowiada Ignacy Trzop - gdy się komuś coś dawało, to się po prostu dawało. Nikt wtedy nie myślał o sporządzaniu jakichś zaświadczeń czy podpisów. Ot, dawało się z serca, i już. Ugadywało się i słowo wystarczyło. Ludzie sobie bardzo wierzyli. Słowo się ceniło. Gdy ktoś powiedział, lub dał, to nie trzeba było tego potwierdzać papierkami lub pieczątkami. Ludzie sobie ufali" (2).

W takim świecie urodziła się, żyła i zmarła Kunegunda Siwiec. W wiosce mówili na nią Kundusia, a później, gdy przybyło lat, Kundusia starsza, dla odróżnienia od jej siostrzenicy, noszącej to samo imię. Dla bliskich krewnych była natomiast ciocią Kundą (3).

Jej historia jest tak prosta jak tylko prostą potrafi być góralska codzienność. Można ją streścić w kilku zdaniach. Po wysłuchaniu nauk głoszonych podczas misji parafialnych, postanawia poświęcić się wyłącznie Bogu, pozostając jednak osobą świecką. Ukończywszy stosowne kursy katechizuje górali i przygotowuje ich do sakramentów. Przynależąc do Świeckiego Zakonu Karmelitów Bosych, zgłębia i praktykuje wymogi drogi duchowego dziecięctwa. Jako dziedziczka rodu Siwców przekazuje część rodzinnej ziemi pod budowę kaplicy i zabudowań klasztornych, ofiarowanych siostrom zmartwychwstankom. Siedem ostatnich lat życia spędzi przykuta do łóżka, niewymownie cierpiąc. W tym wszystkim jest jeszcze Ktoś - Bóg i Jego "głosy", które Kunegunda słyszy w swym wnętrzu. To On sprawił, że duchowe bogactwo drzemiące w jej sercu zostawiło wyraźny ślad w życiu wszystkich, z którymi przecięła się droga jej własnego życia.

Odtworzenie dziejów Kunegundy nie było łatwym zadaniem. Zachowało się zaledwie kilkanaście jej osobistych dokumentów, posiadających adnotację o wydarzeniach, miejscach i datach. Wyznaczają one czasowe ramy zasadniczo dla wczesnej młodości i końcowych lat życia. A cała reszta?

Chociaż w czasach Kunegundy nie pisano pamiętników, to jednak przetrwał bezcenny zbiór informacji o jej życiu, rozproszony w ludzkiej pamięci. To właśnie wspomnienia osób, które ją znały, mieszkając w sąsiedztwie i dzieląc z nią niełatwą codzienność czasów galicyjskiej biedy i dwóch światowych wojen, dostarczyły brakujących fragmentów (4). Pozostało usiąść i cierpliwie układać je obok siebie, aż ukaże się cały portret.

Książka otrzymała tytuł: Piękno ukryte w prostocie. Uznaliśmy bowiem, że takie sformułowanie najlepiej streszcza życie Kunegundy. Oto więc historia o pięknie człowieka, skrytym w prostej codzienności, opowiedziana ustami tych, którzy widzieli.

Piękno ukryte w prostocie
Życie Kunegundy Siwiec OCDS

Z babiogórskich górali

Historia Kunegundy rozpoczyna się w Stryszawie. Ta rozległa wioska, rozciągająca się na styku Beskidu Małego, Makowskiego i Żywieckiego, była jej ukochanym miejscem przez całe życie. Znała zapach tutejszej ziemi, trud pracy na niej, smak wody z leśnych strumieni. Potrafiła bezbłędnie nazywać polne zioła i ptaki, których śpiew dolatywał do jej uszu. Kochała tutejszych ludzi, dzieląc z nimi radości i troski codziennego życia. Umarła w tym samym domu, w którym przed siedemdziesięciu dziewięciu laty, 28 maja 1876 r. (1), rozległy się jej pierwsze niemowlęce krzyki. Odwieczne prawo natury nakazało opuścić bezpieczne schronienie pod sercem matki i stąpać po nowym, nieznanym dotąd świecie. Była to ziemia babiogórskich górali, zwanych potocznie Babiogórcami (2).

Górale Żywiecczyzny: Żywczacy, Babiogórcy, Orawiacy, Podhalanie i Kisuczanie, od stuleci zamieszkiwali rozległe tereny, na których przenikały się wpływy wielu kultur, dając początek bogatym tradycjom folklorystycznym. Przebiegały tędy szlaki handlowe łączące Śląsk i Małopolskę z Czechami, Słowacją, Węgrami, Austrią i Rumunią.

Pierwsza wzmianka o Stryszawie pochodzi z 1480 r. (3) Podobnie jak inne osady tego regionu powstała na fali wołoskiego osadnictwa (4). Pasterze z Bałkanów docierali tutaj w poszukiwaniu nowych pastwisk dla owiec i bydła, przynosząc również własną kulturę i tradycje. Z upływem lat mieszali się z lokalną społecznością słowiańską, ulegając slawizacji. Niektóre grupy zakładały osiedla wzdłuż koryt rzek, inne na górskich zboczach.

Osiedla rozlokowane wzdłuż rzeki Stryszawki, stanowiące początkowo odrębne siedliska, dały początek Stryszawie. To długa wioska, ciągnąca się na przestrzeni ponad 10 km, u podnóża Jałowca (1111 m), posiadająca liczne, wyżej położone przysiółki (5), o swoiście brzmiących nazwach: Biłki, Hucisko, Słapy, Wsiórz, Czerna, Siwcówka, Jurki, Boguniówka, Krzysie, Roztoki... Nazwa samej wioski pochodzi od staropolskiego słowa strysz. Ponieważ posiada ono dwa znaczenia, istnieją też dwie interpretacje. Strysz oznacza ubogiego człowieka (6), ubogą osadę. Nazwa nawiązywałaby więc do ubogich warunków, w jakich żyli mieszkańcy Stryszawy. Strysz oznacza także drobną krę i kawałki lodu na wodzie (7). Spływając bystrym nurtem rzeki toczącej swoje wody wzdłuż wioski, strysz spiętrzał się i występował na brzegi podczas wiosennych roztopów. Od tego charakterystycznego zjawiska miałaby pochodzić nazwa osady.

Z biegiem czasu bałkańscy osadnicy wycięli i wypalili spore połacie lasów, tworząc rozległe hale pod uprawę zbóż, wypas owiec i bydła. Pozyskiwane przy zastosowaniu takiej gospodarki drewno stawało się kluczowym materiałem dla lokalnego rzemiosła. Stryszawa słynęła w dawnych czasach z wyrobu gontów, czyli klinowych deseczek służących do krycia dachów. Do dziś jej mieszkańcy trudnią się chałupniczo produkcją drobnych przedmiotów z drewna.

Wycinka lasów, uprawa ziemi i pasterstwo nie były jedynymi zajęciami tutejszych górali. Niektórzy z nich zajmowali się zbójectwem. Współczesny herb Stryszawy, wzorowany na odciskach dawnych pieczęci tej osady, przedstawia dwa zakrzywione zbójeckie sztylety (8), pochodzące z kręgu wołoskiej kultury. Są pamiątką po dawnych osadnikach i ich zbójeckim rzemiośle.

Dużym zainteresowaniem zbójników cieszyła się Babia Góra, zwana niekiedy "zbójeckim gniazdem". Zbójeckie kompanie ukrywały się tam i zimowały w odludnych osadach i szałasach. Trudności w zdobywaniu środków do życia, wyzysk ze strony szlachty, jak również obecność szlaków handlowych, sprzyjały zbójeckiemu procederowi (9). Zbójnikami byli najczęściej zwykli górale. Dobra znajomość terenu, której nabywali pasąc owce, pozwalała im skutecznie chronić się po dokonanych rozbojach przed wymiarem sprawiedliwości. Nie napadali jednak na najbliższych sąsiadów. Wyprawiali się natomiast w tereny nieco odległe. Z nastaniem bowiem zimy, której w górach nie sposób przeżyć poza osadą, musieli powrócić do swoich, szukając u nich noclegu i wyżywienia.

 

Piękno ukryte w prostocie
Życie Kunegundy Siwiec OCDS

Urokliwa Stryszawa

Stryszawskie krajobrazy, podobnie jak i całą Żywiecczyznę, cechuje niepowtarzalny klimat. Kopulaste szczyty o wyraźnie piętrowym układzie drzew i roślin, kręte drogi, wąskie ścieżki, poprzecinane strumieniami, prowadzące w sobie tylko znanych kierunkach, nie pozwalają przejść obojętnie. Ksiądz Bronisław Bartkowski (1), który przybył tutaj w październiku 1937 r. na urlop zdrowotny oraz do kapelańskiej posługi, po latach tak opisał swoje pierwsze spotkanie ze Stryszawą: "Wysiadłem z pociągu w Suchej na trasie Kraków-Zakopane, by stąd furką góralską dostać się do Stryszawy. Siostry zmartwychwstanki zaproponowały mi objęcie funkcji kapelańskich przy ich kaplicy. Ponieważ do dyspozycji miałem czteromiesięczny urlop zdrowotny i... płótno w kieszeni, więc propozycję przyjąłem chętnie. Niby ta Stryszawa zaczyna się niedaleko Suchej, jakieś 2 km od stacji, ale tylko zaczyna, bo potem ciągnie się - beskidzką modą - dobrych 12 km. A mój nowy punkt oparcia, wedle relacji woźnicy, znajduje się prawie że u końca tej trasy. Ruszyliśmy więc w nieznane. Tych stron rzeczywiście nie znałem, więc rozglądałem się ciekawie, dokąd mnie wiozą. Najpierw kilka kilometrów gościńcem w kierunku Żywca, potem skręt na lewo i jeszcze 6 km wyboistą, pełną zakrętów drogą wiejską, jeszcze jeden zakręt na lewo, pod górę, i wreszcie furka stanęła przed dużym domem z drzewa. Po dwu godzinach jazdy byliśmy na miejscu. Beskid Żywiecki posiada wiele pięknych zakątków, ale chyba niewiele dorównuje pięknem temu osiedlu stryszawskiemu, które zwie się Siwcówką, a którego punkt centralny stanowi zakład sióstr zmartwychwstanek z kaplicą św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Sama Siwcówka leży jakby w środku amfiteatru złożonego z gór. Z wszystkich stron, ze wschodu i zachodu, z południa i północy, okalają ją góry, o których wyraża się gdzieś Gustaw Morcinek, że narodziły się z uśmiechu Boga. Góry zielone aż po szczyty ciemną zielenią lasów i jasną zielenią pól i pastwisk, góry, które jakimś ciepłym kręgiem otoczyły Siwcówkę, tworząc z niej zaciszny zakątek, w którym jest przytulnie i dobrze" (2).

Piękno i ciszę stryszawskiej dziedziny doceniali różni ludzie, także wielcy i znani. Za czasów życia Kunegundy, jeszcze przed wojną, bywał tutaj zasłużony prezydent Warszawy Stefan Starzyński z żoną. Wtenczas siostrzenica Kunegundy, Maria Leśniak, posługiwała im w letniskowej codzienności - wyznaje Zdzisława Dybiec (3). Bywał także generał Józef Haller. "Przyjeżdżał do Siwcówki kilka razy. Podobały mu się te tereny. Chciał budować w Siwcówce, koło leśniczówki pana Ryczka, dom sanatoryjny dla oficerów. Wojna wszystkiemu przeszkodziła" - wspomina Maria Mońska (4). Bywał w końcu Sługa Boży Stefan Wyszyński, najpierw jako biskup lubelski, a potem jako Prymas Polski. "Gdy przyjeżdżał na wypoczynek - opowiada Ludwika Janik - to my witaliśmy go zawsze przy moście kwiatami. Każdy miał bukiet polnych kwiatów. Ks. Prymas był wzruszony, cieszył się, brał od każdego kwiaty, dziękował. Bardzo go kochaliśmy" (5). W latach sześćdziesiątych Ks. Prymasa odwiedzał na Swicówce Metropolita Krakowski, najpierw arcybiskup, a potem kardynał Karol Wojtyła, co upamiętnia pomnik obu Sług Bożych, odsłonięty na Siwcówce 23 sierpnia 2000 r.

Siwcówka urzekała zarówno rdzennych mieszkańców jaki i przyjezdnych gości. Porównywano ją do naturalnego amfiteatru. "Na szlaku z Suchej Beskidzkiej na Babią Górę jest górski amfiteatr. Z za kulis tego teatru wypływa rwący potok Stryszawka - niemilknący nigdy fortepian w wielogłosowej orkiestrze. Prym w niej wiedzie poszum świerków i chór ptaków, zwłaszcza kosów i słowików. Czasem halny włączy wszystkie instrumenty iglasto-liściaste w koncert na cześć wszechmocnego Stwórcy. Słychać wtedy modrzewiowe smyczki, harfę brzozy i gitary osik, flety i fujarki różnych krzewów, traw i łąk. Czasem milknie wszystko, bo - gra Stwórca na organach gór... Wtedy się ucisza nawet pyszna wiolonczela o tysiącu smykach wierzby, która płacze, a bukowe i dębowe lasy głuszą szybko echo swych melodii... Potem tylko wody Stryszawki usiłują na klawiszach kamieni, które pospadały spod Bożych palców, uwiecznić fragmenty Jego utworu. Dlatego każdy, kto przechodzi przez mostek dzielący Stryszawę od amfiteatru zwanego Siwcówką, przystaje, by zapisać na pięciolinii swego serca jakąś frazę koncertu, którego kompozytorem i wykonawcą jest sam Bóg" (6).

 

Piękno ukryte w prostocie
Życie Kunegundy Siwiec OCDS

Przełomowe kazania

Aż do 1894 r. Stryszawa nie posiadała swojej własnej świątyni. W niedziele i święta Siwcowie wraz z innymi mieszkańcami wioski i jej licznych siedlisk udawali się do odległych kościołów. Niektóre rodziny szły do Suchej Beskidzkiej, inne do Lachowic. Drogi wiodły górskimi ścieżkami i dla wielu starszych osób były nie do pokonania. Gdy trafiły się mroźne i śnieżne zimy, takie wyprawy były zupełnie niemożliwe. W domu Siwców, dla których niedziela nie mogła się obejść bez Mszy św., starano się wszystko tak zorganizować, aby zostawał tylko chory i ten, kto musiał się nim opiekować oraz doglądać dobytku, to znaczy napoić i nakarmić owce, bydło, domowe ptactwo. Bywało jednak, że i najlepsze chęci nie pomogły, gdy natura okazywała swoje najgroźniejsze oblicze.

Sytuacja zmieniła się na lepsze, gdy po dwóch latach budowy poświęcono w 1894 r. nowy kościół w Stryszawie, pod wezwaniem św. Anny (1). Co prawda władze austriackie zezwoliły jedynie na wybudowanie kaplicy cmentarnej, jednak stryszawianie nie wypuścili z ręki raz złapanej okazji i postawili okazały, jak na ówczesne warunki, ceglany kościół. Na szczęście dla nich austriaccy urzędnicy nie interesowali się realizacją wydanego pozwolenia. Chociaż kościół był już znacznie bliżej, to jednak do czasu ustanowienia w nim samodzielnej parafii pełnił funkcję jedynie kaplicy dojazdowej, w której Mszy św. nie sprawowano w każdą niedzielę. Ponadto drogi wciąż były złe i kamieniste. "Z Siwcówki ludzie przechodzili koło naszego domu do kościoła parafialnego w Stryszawie - wspomina Ludwika Janik - i Kundusia też zawsze przechodziła koło nas. Wszyscy chodzili boso, a trzewiki czy buty zakładali dopiero koło kościoła" (2). "Przedtem nie zawsze było jak iść do kościoła - dodaje Wiktoria Gancarz. Dróg nie było, tylko polne, kręte i wyboiste ścieżki. Do kościoła parafialnego kilka kilometrów, odzieży i butów brak. Ktoś musiał pozostać zawsze w domu, bo inwentarz nie może być głodny. Gdy były dwie osoby, to czasem trudno było iść, a gdy w zimie zasypał drogi śnieg, to odcinał Roztoki czy inne siedliska od świata" (3).

W 1896 r. w Stryszawie powstała samodzielna parafia. Z tej okazji jej pierwszy proboszcz, ks. Franciszek Liptak (4), pochodzący z Białki Tatrzańskiej, zorganizował misje parafialne. Dla Kunegundy, która kończyła wówczas w dwudziesty rok życia, jej rodziny i innych mieszkańców wioski, było to niezapomniane wydarzenie. O duchowe odnowienie nowej parafii został poproszony Sługa Boży, ojciec Bernard Łubieński (5), redemptorysta (6). Ten znany kaznodzieja ludowy prowadził niezmordowaną działalność w Galicji, Wielkopolsce i na Pomorzu. Od czasu ataku paraliżu był kaleką i musiał chodzić z laską, stąd nazywano go "kulawym misjonarzem" (7). Jako kaznodzieja stawiał w głoszonych kazaniach wysokie wymagania swoim słuchaczom. Gdy pojawił się w Stryszawie, na jego nauki przychodziły tłumy. Jedna z uczestniczek misji, Stefania Zachura, podsumowała je krótko: "były to ostre kazania" (8).

Nauki z pewnością przyczyniły się do poważnego rachunku sumienia niejednego ze stryszawskich górali, a dla samej Kunegundy okazały się pierwszym życiowym przełomem. Podjęta przez nią po zakończeniu misji decyzja wskazuje na jakąś szczególną łaskę, która została jej wówczas udzielona - postanowiła całkowicie i na zawsze poświęcić się Bogu (9). Nie wybrała jednak żadnego z ówczesnych zgromadzeń zakonnych. Nie zmieniła miejsca zamieszkania, ani dotychczasowych obowiązków. Pozostała osobą świecką, która za główny cel życia postawiła sobie jak najdoskonalsze spełnienie woli Bożej pośród codziennych zajęć, a także mocne związanie się z Bogiem, by nie szukać już kogokolwiek czy czegokolwiek poza Nim (10).

W kontekście decyzji podjętej przez Kunegundę, we wspomnieniach kilku osób pojawia się informacja o młodym kawalerze, zabiegającym o jej rękę. Siostrzenica Kunegundy, Aniela Ponikiewska, wspomina: "W moim domu mama i tata bardzo cenili ciotkę Kundusię. Mówili, że ciotka miała starającego się o jej rękę, ale ona nie chciała się wydawać za mąż" (11). Znacznie więcej informacji dostarcza Stefania Zachura: "Kundusia Siwiec dobrze się znała z moją mamą i moimi ciotkami. One mi mówiły, że za młodych lat Kundusia miała narzeczonego z siedliska Polańszczyki, nazywał się Wincenty Zachura. Chodził on do Kundusi, miała się za niego wydawać... Od misji zmieniła się jednak. Mówiła, że będzie Bogu służyć. Wickowi odmówiła, kazała mu iść na Boguniówkę i tam się żenić. Powiedziała mu: Idźże tam się żenić, bo ja się nie będę wydawać. On ożenił się z Agnieszką Ponikiewską, siostrą szwagra Kundusi" (12).

Istnieje jeszcze jedna wersja historii z narzeczonym. Miał nim być kawaler o imieniu Stanisław, z którym Kunegunda stanowiła udaną parę taneczną podczas spotkań "na muzyce". "Okazało się, że służąca jego rodziców zaszła z nim w ciążę. Miała dziecko - przekazuje zasłyszaną od innych historię Maria Front. Rodzice jego wypędzili tę dziewczynę. Gdy Kundusia dowiedziała się o tym dziecku, to zerwała z narzeczonym i nigdy nie chciała o nim słyszeć. Nie chciała też innych poznawać" (13).

Co więc naprawdę zaszło? Z dwóch wersji prawdzie wydają się odpowiadać informacje przekazane przez Stefanię Zachura i Anielę Ponikiewską. Historia z Wincentym Zachurą logicznie wpisuje się w decyzję pozostania osobą samotną i Bogu poświęconą, podjętą przez Kunegundę po wysłuchaniu nauk misyjnych ojca Łubieńskiego. Ponadto pochodzi od osób bardzo bliskich Kunegundzie. Ks. Bartkowski, spowiednik i duchowy kierownik Kunegundy, również sugeruje, że zasadniczym motywem jej decyzji były nauki misyjne: "Taką wróciła z owych misji Kundusia i taką pozostała do końca życia" (14).

Decyzję o całkowitym oddaniu się Bogu, pociągającą za sobą rezygnację z posiadania własnej rodziny, Kunegunda rozumiała jako realizację odkrytego w sobie powołania. To, co wybrała, nie było ani kaprysem, ani życiową koniecznością, lecz głosem Boga, na który świadomie chciała odpowiedzieć. Wskazuje na to pewna humorystyczna historia, z której zwierzyła się siostrze Gregorii Bulandzie CR. "Kiedyś opowiedziała mi jedną ze swych przygód ze spowiednikiem, z czasów swojej młodości. Mówiła: Spowiednik był kulawy, miał laskę. Zapytał mnie w czasie spowiedzi: Czemuś się nie wydała? A ja powiedziałam: A czemu ksiądz się nie ożenił? Ksiądz wstał w konfesjonale i wziął do ręki laskę... ja uciekłam od konfesjonału..." (15).

Biorąc kontekst całego jej życia, a także liczne wzmianki o umiłowaniu przez nią cnoty czystości (16), można być pewnym, że w bliżej nieznanym czasie, po misjach ojca Łubieńskiego, złożyła prywatny ślub czystości. Odtąd w jej życiu duchowym zaczęły dokonywać się gruntowne zmiany. W zewnętrznym sposobie bycia pozostała jednak osobą cichą, spokojną i skromną. Wciąż obce jej było szukanie rozgłosu i zwracanie na siebie uwagi. "Chodziła w prostych, jednokolorowych spódnicach do kostek, czarnych lub brązowych - wspomina Marianna Steczek. W prostych jednokolorowych bluzkach z długim rękawem, wypuszczonych na spódnicę. Na to miała jakiś żakiecik. Jej ubranie było jednolite, schludne. W dni chłodne chodziła w ciemnym ubraniu, okryta dużą, czarną chustą z frędzlami. W zimie nosiła grubą wełnianą chustę jak wszystkie tutejsze kobiety. Ona tak się ubierała, że nie zwracała na siebie niczym uwagi, nie wyróżniała się" (17).

 

Piękno ukryte w prostocie
Życie Kunegundy Siwiec OCDS

Rozmowy z Chrystusem

Przyglądając się życiu Kunegundy mieszkańcy Stryszawy nie widzieli w nim żadnych nadzwyczajności. "Była prostą wiejską kobietą, nie wyróżniającą się z tłumu innych kobiet. A mimo to była inna" (1) - wyznaje Maria Mońska. Owej subtelnej inności, nikt nie był w stanie dokładnie sprecyzować. Niby wszystko w Kunegundzie było takie proste, góralskie i stryszawskie, a jednak jakoś inne. Pod tą zwyczajnością skrywała się tajemnicza głębia, pozostająca sekretnym światem jej i Chrystusa. Tam nikt z zewnątrz nie miał dostępu. Jedynie najbliższa rodzina, siostry zmartwychwstanki oraz nieliczne osoby, znające Kunegundę "od wnętrza", dostrzegały w niej wyjątkowe Boże działanie.

Każdego dnia chodziła na Mszę św., siadając na swoim stałym miejscu. Zajmowała ławkę tuż za ołtarzykiem Matki Boskiej Częstochowskiej. Przywilej stałych miejsc miały także siostry zmartwychwstanki oraz nauczycielki z wioski (2). Kaplica stała się z biegiem czasu jej drugim domem. Po porannej Eucharystii spędzała na dziękczynieniu nieraz kilka godzin. "Pamiętam - opowiada siostra Lucjana Mryka CR - że czasem tak długo modliła się w kaplicy, że przychodziła Hanusia Leśniak, jej siostrzenica, i wyciągała ją stamtąd, bojąc się o jej zdrowie. My też nieraz, wiedząc, że jest w kaplicy parę godzin, zapraszałyśmy ją do nas na posiłek" (3).

Siedząc w swojej ławce - "taka góralka w chusteczce na głowie, zapatrzona w Tabernakulum" - traciła kontakt z otoczeniem, toteż w trosce o jej zdrowie ograniczono jej czas modlenia się w kaplicy (4). "Ona nie zdawała sobie sprawy z upływu czasu - wyjaśnia siostra Iwona Kosińska CR. Już dawno wszyscy powychodzili z kaplicy, a ona nadal tam była. Przed samą chorobą powiedziała do nas: Tak się długo modliłam w tej kaplicy. Za długo byłam, a mnie się zdawało, że bardzo krótko. A potem okazało się, że to było bardzo długo" (5).

Bywało, że podczas modlitwy w kaplicy świat obok przestawał dla niej istnieć. Gdy pewnego dnia siostra Leonarda Antkowiak CR przystroiła kaplicę w kwiaty, zapytała: "Kundusiu, jak się Kundusi podobał ołtarz? Ona z zażenowaniem odparła: Siostrzycko, przeprasom bardzo... Nic nie widziałam, jeno samego Pana Jezusa!" (6).

Początkowo Kunegunda nikomu nie zdradzała sekretów swego duchowego życia, nawet spowiednikowi. Spowiadała się co prawda regularnie, czyniąc wcześniej dokładny rachunek sumienia, jak sama tego uczyła dzieci i dorosłych, ale ograniczała się jedynie do wyznania grzechów. Jej spowiednikiem był ks. Bartkowski. Przyjechał do Siwcówki 13 października 1937 r., by objąć kapelanię u sióstr zmartwychwstanek. Jego zdrowotny urlop zamienił się ostatecznie w stały pobyt. Posługiwał siostrom i mieszkańcom Siwcówki aż do końca swego życia w 1986 r.

Po pięciu latach stałej spowiedzi u kapelana zmartwychwstanek nastąpił w życiu duchowym Kunegundy kolejny przełom. "Było to w roku 1942 - pisze ks. Bartkowski - w pierwszej jego połowie, dnia i miesiąca dokładnie nie pamiętam. Kundusia rozmawiała z jedną z sióstr zmartwychwstanek o spowiedzi. Między innymi siostra tłumaczy Kundusi, że stałemu spowiednikowi należy wyznawać nie tylko większe czy mniejsze przewinienia, ale także przedstawić cały stan duszy, wewnętrzne trudności jak i oświecenia Boże. Z całą prostotą Kundusia wyznaje, że tego dotychczas nie czyniła. Przy najbliższej okazji zwierza mi się, jako spowiednikowi swojemu, że często, szczególnie po Komunii św., słyszy w sobie głos Pana Jezusa, przemawiającego do niej, że dotychczas o tym nic nie mówiła, bo nie wiedziała, iż należy powiedzieć o tym spowiednikowi. W pierwszej chwili byłem tym wyznaniem trochę zaskoczony, tak na wszelki wypadek zacząłem wertować Zarys teologii ascetycznej i mistycznej Tanquerey'a, dzieła św. Teresy z Avila, by na podstawie ich doświadczenia w tej materii urobić sobie jasne zdanie o całej sprawie. Zbyt dobrze od pięciu lat znałem Kundusię, abym ją miał posądzać o jakąś halucynację czy egzaltację, zbyt była rozsądna i zrównoważona duchowo, a przy tym pokorna, by na tej drodze szukać jakiegoś zainteresowania swoją osobą. Zająłem wobec całej sprawy postawę raczej wyczekującą: ani przyjmować bezkrytycznie, ani z miejsca zaprzeczać i odrzucać" (7).

Ks. Bartkowski, który od czasu tej przełomowej spowiedzi Kunegundy stał się jej duchowym kierownikiem, zaczął rozglądać się za znakami, które potwierdziłyby bądź zanegowałyby prawdziwość owych wewnętrznych głosów. Odwołał się najpierw do podstawowej zasady, że prawdziwe objawienie prywatne powinno nieść ze sobą konkretnie dobro: wzrost miłości, pokory, pogody ducha, pokoju serca, cierpliwości oraz umiłowanie krzyża. Obserwując bardziej wnikliwie życie Kunegundy zauważył, że "rosła w niej gorliwość w modlitwie i ofiarach, by pomagać Jezusowi w ratowaniu zagrożonych dusz" (8). Miał więc pierwsze znaki potwierdzające autentyczność Bożego działania.

Mimo ich obecności zdecydował się jednak poddać ją jeszcze jednej próbie, którą opisał w swoich wspomnieniach. "Powiadam więc do Kundusi: Jeśli to rzeczywiście Bóg przemawia, to On zna także moje myśli i pragnienia. Wobec tego proszę, aby spełnił to, co tylko Jemu i mnie jest znane. Chodziło mi o nawrócenie i wyspowiadanie się pewnego grzesznika, który od lat już się nie spowiadał. Stawiałem także warunek, by spowiedź odbyła się 3 maja. Kundusia nie wiedząc nic, ani o treści, ani o terminie, modliła się jedynie gorąco o spełnienie mego pragnienia. Nadszedł dzień 3 maja. Po nabożeństwie zasiadłem do konfesjonału. Patrzę, a oto pod chórkiem jest ów grzesznik. Ludzie powoli zaczęli opuszczać kaplicę, a wtedy on wstał i zamiast skierować się do wyjścia - podszedł do konfesjonału. Otrzymałem odpowiedź" (9).

Już po pierwszych relacjach Kunegundy na temat treści słyszanych przez nią słów Chrystusa oraz niektórych świętych (10), ks. Bartkowski dostrzegł ich wielką wartość dla duchowej formacji i zaczął je zapisywać. Czynił to poza sakramentem pokuty. Notował "wiernie i dosłownie" (11), tak jak przekazywała je Kunegunda. Chociaż samego faktu notowania nie był w stanie ukryć, nigdy nie podejmował rozmów z osobami trzecimi o duchowym życiu swej penitentki. Był w tym względzie bardzo rygorystyczny. "Czasem, przychodząc do Kunegundy, gdy była już obłożnie chora - wspomina siostra Blanka Skorupińska CR - zastawałam ks. Bartkowskiego z notesikiem na kolanach, coś tam notującego. Ale ksiądz, gdy ktoś wchodził, zamykał notes. Tak, że za życia Kundusi nic nam nie mówił i zabronił mi mówić z Kundusią na ten temat" (12). Notował w małych notesach i trzymał je pod zamknięciem (13). Przez trzynaście lat notowania, od 1942 do 1955 r., uzbierało się ich sporo. Z powodów, o których wspomniano już wcześniej, notatki robił własnoręcznie (14).

Pomimo starań o zachowanie jak najdalej idącej dyskrecji w sprawach nadzwyczajnych łask doświadczanych przez Kunegundę, w wiosce krążyły różne pogłoski. "Wprawdzie nie mówiło się głośno - wspomina Wiktoria Janik - ale jeszcze przed wojną wiedzieliśmy o tym, że Pan Jezus przychodził do Kundusi w każdy piątek. Potem w te dni bardzo cierpiała. Nigdy na ten temat z nią nie rozmawiałam. Nie wiem, czy cokolwiek by powiedziała. Pogłoska taka krążyła, że rozmawia z Panem Jezusem. Jedni się z tego śmiali, inni się zastanawiali" (15).

Kunegunda nie traktowała przekazywanych jej przez Chrystusa pouczeń jako swojej własności. Chociaż skrupulatnie z nich korzystała, samą siebie uważała jedynie za narzędzie w Jego rękach. Świadczy o tym pewne wydarzenie, wspomniane przez siostrę Blankę Skorupińską CR. "Byłam kiedyś świadkiem rozmowy ks. Bartkowskiego w naszej rozmównicy z innymi księżmi, którzy po śmierci Kundusi masowo tutaj przyjeżdżali na wypoczynek. Ks. Bartkowski mówił, że gdy był chory, to dokąd do Kundusi nie przyszedł, a czasem nie przychodził i parę dni, Kundusia wszystko pamiętała, choćby z całego tygodnia. Pamiętała do momentu, aż ksiądz wszystko zapisał. Gdy ksiądz zapisał i na ten temat chciał z nią porozmawiać, Kundusia już nie pamiętała szczegółów. Odnosiło się wrażenie, jakby przekazane słowa już do niej nie należały" (16).

W krótkim czasie po śmierci Kunegundy ks. Bartkowski zdecydował o przepisaniu na maszynie zawartości notesów (17). To niełatwe i czasochłonne zadanie zlecono siostrze Iwonie Kosińskiej CR. "Po uzgodnieniu z siostrą przełożoną - wspomina siostra Iwona - ks. Bartkowski przyniósł swoje notatki, ręcznie pisane, w takich malutkich zeszycikach, z poleceniem przepisywania ich na maszynie. Ja umiałam pisać na maszynie. Początkowo miałam trudności w odczytywaniu pisma księdza, więc ksiądz mi dyktował. Czasem były te notatki niewyraźne, bo ksiądz używał skrótów. Po zapoznaniu się z jego pismem, przepisywałam już sama, a ks. Bartkowski tylko po mnie sprawdzał. Tych zeszycików było sporo, bo po przepisaniu na maszynie, a dość gęsto pisałam, było ponad sto stron. W notatkach czasem nie było dat, ale na ogół były. Po mnie, z mojego maszynopisu, przepisywano na zlecenie księdza dalsze kopie tekstu. Ksiądz nie komentował sprawy objawień wewnętrznych Kundusi. Ja pisałam wiernie to, co było w zeszycikach" (18).

Gdy przepisywanie zostało zakończone ks. Bartkowski przekazał tekst swemu ordynariuszowi, ks. biskupowi Kazimierzowi Kowalskiemu, podczas jego pobytu w Siwcówce w 1957 r. Ordynariusz chełmiński wyraził aprobatę dla tekstu, orzekając, że nie znajduje w nim niczego, co byłoby sprzeczne z wiarą i moralnością chrześcijańską (19). Od tego czasu zapis rozmów Chrystusa z Kunegundą był udostępniany różnym osobom zakonnym i świeckim.

Tekst został również przekazany ks. Prymasowi Stefanowi Wyszyńskiemu (20). Ks. Prymas poznał Kunegundę osobiście w sierpniu 1946 r. Będąc jeszcze biskupem lubelskim prowadził w kaplicy w Siwcówce rekolekcje dla dziewcząt i pań formujących Instytut Świecki Pomocnic Maryi Jasnogórskiej, Matki Kościoła, zwany popularnie Ósemką Prymasowską (21). Do uczestnictwa w naukach rekolekcyjnych zaprosił także Kunegundę, z czego ochotnie skorzystała. Odwiedził ją też w domu i prosił o modlitwę w różnych ważnych sprawach (22). Kunegunda zamierzała przekazać trochę swojej ziemi pod budowę domu dla Instytutu. Gdy jednak ks. Prymas dowiedział się o tym, nie zgodził się na darowiznę, stwierdzając, "że w jednej małej Stryszawie nie mogą istnieć koło siebie dwa zespoły kościelne" (23), mając na uwadze zmartwychwstanki obecne w wiosce od 1929 r.

Ks. Bartkowski nie zamierzał wydawać sporządzonych przez siebie zapisków drukiem, chociaż bywał do tego zachęcany. "Gdy te słowa były przepisane na maszynie - wspomina siostra Iwona Kosińska CR - mówiłyśmy, aby ksiądz gdzieś napisał o Kundusi. Lecz ksiądz mówił, że jemu nie chodzi o wydanie, bo są to sprawy Boże i jeśli Bóg będzie chciał, to ujawni światu" (24). Pierwsze książkowe wydanie rozmów Chrystusa z Kunegundą ukazało się więc drukiem dopiero w 1995 r. (25), a w 2008 r. doczekało się drugiego wydania.

 

 

* * *

(1) Aniela Ponikiewska (ur. Stryszawa-Boguniówka, 1903), wspomnienia (1988), s. 3, sygn. T2A/2, ABPKPKB.
(2) Ignacy Trzop (ur. Stryszawa-Wsiórz, 1904), wspomnienia (1990), s. 1, sygn. T2C/15, ABPKPKB.
(3) Zdzisława Dybiec (ur. Sucha Beskidzka, 1942), wspomnienia (1990), s. 2, sygn. T2A/4, ABPKPKB.
(4) Ocalenie wielu cennych faktów z życia Kunegundy i galicyjskiej społeczności jej czasów zawdzięczamy Helenie Stańczyk z Jeleniej Góry. Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych zebrała bezcenny zbiór ponad pięćdziesięciu wspomnień od bezpośrednich świadków.

(1) Księga Chrztów, t. VII, s. 134, nr 48, APAS.
(2) Beskid Żywiecki. Przewodnik, praca zbiorowa, Pruszków 2006, s. 81.
(3) Tamże, s. 437.
(4) Wielka Encyklopedia Powszechna, tom 12, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1969, s. 483-484.
(5) Przysiółek - osiedle wiejskie przynależące do większej wioski, składające się z kilku lub kilkunastu domostw. Posiada własną nazwę, ale nie stanowi odrębnej jednostki administracyjnej.
(6) Beskid Żywiecki. Przewodnik, s. 437.
(7) Słownik języka polskiego, tom 8, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1966, s. 843.
(8) Beskid Żywiecki. Przewodnik, s. 438.
(9) Wielka Encyklopedia Powszechna, tom 12, s. 671.
(1) Ks. Bronisław Bartkowski, ur. 31 grudnia 1907 r. w Grudziądzu, wyświęcony na kapłana 17 grudnia 1932 r. w Pelplinie, zm. 22 lipca 1986 r. w Stryszawie-Siwcówce.
(2) Ks. Bronisław Bartkowski, wstęp do maszynopisu Miejsce Mojego Miłosierdzia i Odpoczynku, s. 1, brak daty i miejsca powstania. Maszynopis opatrzony jest własnoręcznym podpisem ks. Bartkowskiego, PAHSJG.
(3) Zdzisława Dybiec, list do postulatora w procesie beatyfikacyjnym, 3.11.2009.
(4) Ludwika Janik (ur. Stryszawa, 1903), wspomnienia (1988), s. 3, sygn. T2C/3, ABPKPKB.
(5) Maria Mońska (ur. Stryszawa, 1919), wspomnienia (1990), s. 5, sygn. T2C/14, ABPKPKB.
(6) Bogumiła Żukowska CR, Kundusia, (w:) O takich jak wy..., Kraków 1980, s. 168-169.
(1) Beskid Żywiecki. Przewodnik, s. 438.
(2) Ludwika Janik, wspomnienia, s. 1.
(3) Wiktoria Gancarz (ur. Stryszawa-Roztoki, 1913), wspomnienia (1988), s. 3, sygn. T2C/9, ABPKPKB.
(4) Stefania Zachura, wspomnienia, s. 3.
(5) Ojciec Bernard Łubieński, ur. 9 grudnia 1864 r. w Guzowie, wyświęcony na kapłana 29 grudnia 1870 r. w Akwizgranie, zm. 12 września 1933 r. w Warszawie.
(6) Ks. Bronisław Bartkowski, wstęp do maszynopisu Miejsce Mojego Miłosierdzia i Odpoczynku, s. 3.
(7) Tamże, s. 3.
(8) Stefania Zachura, wspomnienia, s. 3.
(9) Ks. Bronisław Bartkowski, wstęp do maszynopisu Miejsce Mojego Miłosierdzia i Odpoczynku, s. 3.
(10) Tamże, s. 3.
(11) Aniela Ponikiewska, wspomnienia, s. 2.
(12) Stefania Zachura, wspomnienia, s. 3.
(13) Maria Front, wspomnienia, s. 2.
(14) Ks. Bronisław Bartkowski, wstęp do maszynopisu Miejsce Mojego Miłosierdzia i Odpoczynku, s. 3.
(15) Gregoria Bulanda CR (ur. Łontówka, 1933), wspomnienia (1991), s. 3, sygn. T2B/13, ABPKPKB.
(16) "Kundusia uczyła nas religii. Kazała nam modlić się o cnotę czystości. Bardzo tę cnotę ceniła". Maria Front, wspomnienia, s. 3; "Życzę Ci przede wszystkim tej ślicznej cnoty, którą tak mile pokochałaś, a która jest największą ozdobą ludzi na ziemi żyjących, a tą jest czystość dziewicza". List Józefa Czerneckiego do Kunegundy Siwiec, Lwów, brak daty powstania listu, s. 1, ARZDK; "Była bardzo uczulona na punkcie skromności". Józefa Kowaliczek, (ur. Stryszawa, 1931), wspomnienia (1988), s. 1, sygn. T2A/1, ABPKPKB.
(17) Marianna Steczek, wspomnienia, s. 1.
(1) Maria Mońska, wspomnienia, s. 2.
(2) Anna Pająk (ur. Tresna, 1907), wspomnienia (1987), s. 2, sygn. T2C/5, ABPKPKB.
(3) Lucjana Mryka CR, wspomnienia, s. 3.
(4) Iwona Kosińska CR, wspomnienia, s. 3.
(5) Tamże, s. 3.
(6) Tamże, s. 5.
(7) Ks. Bronisław Bartkowski, wstęp do maszynopisu Miejsce Mojego Miłosierdzia i Odpoczynku, s. 10.
(8) Tamże, s. 12.
(9) Tamże, s. 12.
(10) Kunegunda słyszała także Matkę Bożą, św. Józefa, św. Teresę od Dzieciątka Jezus, św. Teresę od Jezusa, św. Jana od Krzyża i św. Katarzynę.
(11) Ks. Bronisław Bartkowski, wstęp do maszynopisu Miejsce Mojego Miłosierdzia i Odpoczynku, s. 10.
(12) Blanka Skorupińska CR, wspomnienia, s. 12.
(13) Franciszka Bartkowska, wspomnienia, s. 8.
(14) "Ponieważ Kundusia poza umiejętnością czytania z całej sztuki pisania opanowała jedynie tyle, że umiała się podpisać, zacząłem sam robić notatki z jej wypowiedzi". Wstęp do maszynopisu Miejsce Mojego Miłosierdzia i Odpoczynku, s. 10.
(15) Wiktoria Janik, wspomnienia, s. 7.
(16) Blanka Skorupińska CR, wspomnienia, s. 12.
(17) Po przepisaniu ks. Bartkowski zniszczył prawie wszystkie notesy. Jeden z nich zachował się: sygn. KS 1, ABPKPKB.
(18) Iwona Kosińska CR, wspomnienia, s. 7.
(19) Ks. Bronisław Bartkowski, wstęp do maszynopisu Miejsce Mojego Miłosierdzia i Odpoczynku, s. 10-11.
(20) Franciszka Bartkowska, wspomnienia, s. 9.
(21) Maria Okońska (Instytut Prymasowski), list z dnia 13 marca 1991 r., sygn. T2C/22, ABPKPKB.
(22) Blanka Skorupińska CR, wspomnienia, s. 9; Iwona Kosińska CR, wspomnienia, s. 4; Franciszka Bartkowska, wspomnienia, s. 2.
(23) Maria Okońska (Instytut Prymasowski), list z dnia 1 marca 1989 r., sygn. T2C/22, ABPKPKB.
(24) Iwona Kosińska CR, wspomnienia, s. 6.
(25) Miejsce Mojego Miłosierdzia i Odpoczynku. Nadprzyrodzone oświecenia Kunegundy Siwiec ze Stryszawy zanotowane przez ks. Bronisława Bartkowskiego, Wydawnictwo Karmelitów Bosych, Kraków 1995.
 
Źródło nr1. http://aniol-ave.blogspot.com/